Jak to mówią, szybko przyszło, szybko poszło.
(A może łatwo przyszło? Nieważne. Dla mnie w każdym bądź razie zbyt szybko.)
W tym roku urlop zaplanowaliśmy w maju. Na Pierwszą Komunię mojego chrześniaka, żeby jechać na spokojnie, nie przejmując się pracą. Przy okazji trafiło też na moje urodziny. Dwa tygodnie wspólnych z mężem śniadań. Mała rzecz, a cieszy. I tak, najpierw był wyjazd do Rabki, a później do Torunia. Krótkie to były wizyty, ale jak miło było wszystkich znowu zobaczyć. W międzyczasie byliśmy jeszcze na wsi, u teściów, w międzyczasie była walka z wirusem u Neli i naprawianie samochodu. A jeszcze wpadłam na genialny pomysł, czyszczenia i malowania barierki na balkonie. Urlop, przyznam, bardzo pracowity ;) Mąż skarży się, że nie miał czasu usiąść i odpocząć. Ja za to wykorzystałam jego obecność w domu i znalazłam nawet czas na czytanie, więc jak dla mnie super. A że pewnych rzeczy nie da się przewidzieć i zaplanować na 100%, zwłaszcza z rocznym dzieckiem, no cóż, takie życie. Grunt, że wyjazdy się udały. Wypoczęliśmy, na ile się dało ;)
Chyba się starzeję, bo najlepiej mi w domu. Jakoś tak mimochodem zadomawiam się w tym mieście coraz bardziej. Wydeptałam swoje ścieżki, oznaczyłam swój teren, jakkolwiek to brzmi ;). Pięknie jest wkoło nas, zwłaszcza wiosną. Uwielbiam kwitnące drzewa i krzewy uginające się pod ciężarem kwiatów. Uwielbiam tą świeżą zieleń, taką nasyconą, młodą. Uwielbiam nawet zapach ziemi po majowym deszczu. W tym roku zachwyciły mnie zwłaszcza wszechobecne na naszym osiedlu gąszcze tawuły i tamaryszku.
A w połowie urlopu, obchodziłam urodziny. W tym roku ostatnie przed trzydziestką - tak, na razie przyznaję się jeszcze do wieku ;) Ten dzień spędziliśmy u teściów, którzy sprezentowali mi pyszny tort i szampana :) i lody :).
Macie tak czasem, że w czytanej książce, trafiacie nagle na fragment, który szczególnie Was porusza i/lub do Was przemawia? Mi się tak trafiło w tym tygodniu, przy okazji lektury "Hopeless", aż muszę sobie (i Wam) ten fragment zapisać, żeby odtworzyć go w razie czego, w jakimś momencie zwątpienia:
"Mogłabym siedzieć i się zamartwiać, próbując zrozumieć, dlaczego mi się to wszystko przytrafiło, ale nie mam takiego zamiaru. Nie mam zamiaru marzyć o idealnym życiu. Wszystkie niepowodzenia to tak naprawdę sprawdziany, które zmuszają nas do wyboru pomiędzy rezygnacją a podniesieniem się z ziemi, otrzepaniem z kurzu i stawieniem czoła sytuacji. Chcę to zrobić. Być może życie poturbuje mnie jeszcze kilka razy, ale na pewno nie mam zamiaru zrezygnować."
Trochę refleksyjnie wyszło tym sposobem. Następnym razem obiecuję jakieś małe diy :)
Życzę Wam samych słonecznych dni!




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz